Demokraci o demokracji – refleksje na marginesie wyborów w Rzeszowie

Karolina Poper

Opadł już kurz po wielkiej konferencji prasowej na rzeszowskim Rynku, liderzy partyjni wrócili do Warszawy, chyba zadowoleni z siebie i dobrze wykonanej pracy. Media ogólnopolskie na razie straciły zainteresowanie. W mieście zaczyna się kampania (czy też prekampania?).

Są co  najmniej dwa powody, dla których wybory w Rzeszowie są interesujące również w wymiarze pozalokalnym. Pierwszym z nich jest ten, że przy ich okazji powróciło z siłą zagadnienie sposobu wyłaniania kandydatów i tego kogo oni w istocie reprezentują i przed kim odpowiadają. Stało się tak przede wszystkim za sprawą inicjatywy „Nasz Rzeszów”. Do inicjatywy tej należy grupa aktywistów o różnych poglądach politycznych i społecznych, należących do różnych ruchów formalnych bądź nieformalnych. To co ich łączy to zaangażowanie w obronę praw człowieka, przywiązanie do demokracji, równości i praworządności oraz działalność związana z upowszechnianiem tych wartości. To z tych poglądów narodził się pomysł, aby wezwać do wyłonienia jednego, wspólnego kandydata sił „prodemokratycznych” w otwartych, wolnych prawyborach.

Idea prawyborów jest prosta: chodzi o to, aby to obywatele, osoby bezpośrednio zainteresowane, dokonali wyboru tego, kto ma być kandydatem we właściwych wyborach, konkurującym z  rywalami z innych ugrupowań, tu – kandydatów partii wchodzących w skład rządzącej w Polsce koalicji (Marcin Warchoł z SP i Ewa Leniart z PiS) oraz Grzegorzowi Braunowi z Konfederacji. Prawybory są tym etapem procesu wyborczego, do którego każdy się może zgłosić  i w którym każdy może głosować na tę osobę, która jest mu najbliższa. To klasyczne głosownie „za” a nie „przeciw”, wybór spomiędzy pretendentów reprezentujących ten sam z grubsza świat wartości. Najbardziej znanym przykładem są prawybory w Stanach Zjednoczonych. Nie zawsze pamiętamy, że przecież wyłonienie kandydatów Partii Demokratycznej i Partii Republikańskiej, którzy walczą potem o prezydenturę odbywa się właśnie drogą powszechnych prawyborów. Ci, którzy odpadają na tym etapie, wycofują się, wspierają zwycięzcę  a często otrzymują potem funkcję w gabinecie prezydenta. Tak było np. w przypadku Joe Bidena który przez osiem lat sprawował funkcję wiceprezydenta przy boku Baracka Obamy, tak jest w przypadku Kamali Harris. Wyłoniony w prawyborach kandydat jest silny poparciem wyborców; jest reprezentantem ich a nie grupy polityków, którzy umawiają się miedzy sobą w zamkniętych gabinetach. Jakościowa różnica między  tymi dwoma rodzajami nominacji nie ulega wątpliwości dla Amerykanów, nie jest natomiast zrozumiała dla polskich polityków i większości mediów.


Fot: flickr.com/photos/adrianblack/2178674652

W przypadku prawyborów w Rzeszowie chodziło o wspólne wyłonienie kandydata, który będzie reprezentował wszystkie ugrupowania prodemokratyczne. To właśnie prodemokratyczność  miała być tym, co łączy wszystkich. Wybór jednego z kilku byłby opowiedzeniem się za konkretną wizją polityki dla miasta prezentowaną przez zwycięzcę. Odpadający kandydaci byliby jednocześnie partnerami do dialogu dla tego, który wygrał.

Dziś już wiemy, że na prawybory w kampanii 2021 roku nie ma co liczyć. Wszystko odbyło się jak zwykle: politycy, po miesiącu, uzgodnili między sobą kandydata. Nawet padające gdzieniegdzie argumenty o braku czasu na przeprowadzenie prawyborów były podobne do tych, słyszanych już od kilku lat w analogicznym kontekście.  Niemniej jednak akcja ta pozostawiła ślad, który ma szansę stać się istotnym krokiem w budowaniu świadomego społeczeństwa, które oczekuje podmiotowego traktowania przez rządzących i partycypacji w sprawowanej w mieście władzy.  Słowa takie jak „prawybory”, a zwłaszcza „obywatelskość” i „uczestnictwo” wybrzmiały tym razem na tyle mocno, że nie mogły zostać pominięte. Widać to było chociażby w przemówieniach czołowych polityków z central partyjnych, którzy na ten jeden dzień, na jedną godzinę, przyjechali specjalnie z Warszawy. Symptomatyczne jest przy tym, że na konferencji prasowej, na której ogłoszono kandydaturę nie przewidziano pytań od dziennikarzy.

Nawiązując do dyskusji które od kilku dni toczą się w sieci należy podkreślić, że to nie osoba kandydata budzi sprzeciw lecz sposób jego wyłonienia. Konrad Fijołek, bo to on będzie walczył z M. Warchołem, E. Leniart i G. Braunem o fotel prezydenta miasta, jest jak się wydaje, najlepszym z możliwych kandydatów: doświadczony samorządowiec, od lat pracujący w- i dla miasta, znający jego problemy, potencjalne możliwości i słabe strony a przy tym bezpartyjny i niezwiązany bezpośrednio z żadną partią polityczną, demokrata. Przez lata związany z Tadeuszem Ferencem dziś staje przeciwko kandydatowi, na którego wskazał ustępujący prezydent. Co ciekawe, to właśnie nazwisko Konrada Fijołka było jednym z pierwszych, które pojawiały się po ustąpieniu T. Ferenca i wielu komentujących wskazywało go jako potencjalnego, najlepszego kandydata w nadchodzących wyborach. Rozgrywki partyjne kosztowały więc Rzeszów miesiąc niepewności i zawieszenia; w tym czasie M. Warchoł prowadził już swoją kampanię. Kandydat opozycji ma do dyspozycji miesiąc mniej. Przed Rzeszowem trudny czas zmagań.

Tej najwcześniejszej fazie wyborów w Rzeszowie towarzyszyło kilka innych wydarzeń, które są ważnym przyczynkiem w dyskusji nad stanem naszej demokracji i solidarności. Tym razem nie chodzi o PiS i jego przystawki. Tym razem chodzi o nas, którzy lubimy się nazywać demokratami i podkreślać przywiązanie do wartości z demokracją związanych. To drugi z powodów, który sprawia, że wybory w Rzeszowie odsłaniają rzeczy ważne także w skali ogólnokrajowej.

Interesujące jest to, że termin „prawybory” i sama ich idea budzi wyraźny opór i sprzeciw nie tylko wśród reprezentantów partii politycznych ale także innych ugrupowań, w tym też tych, które słowo „demokracja” niosą na sztandarach i mają wpisane w nazwę. Niewątpliwie, najbardziej spektakularna była wolta, którą wykonał podkarpacki odział KOD.

„Manifest prawyborczy” przygotowany przez inicjatywę Nasz Rzeszów został podpisany przez kilka znanych i szanowanych w Rzeszowie osób oraz kilka organizacji, wśród nich Obywateli RP – pomysłodawców projektu prawyborów, który forsują od kilku już lat, Marsz Równości oraz KOD. Kilka innych organizacji i osób zadeklarowało poparcie, ale nie podpisało się pod manifestem. Jeszcze inne – odmówiły, uznając, że pomysł ten im się nie podoba lub że jest interesujący lecz nierealny.

Gdy 12 marca miała miejsce konferencja prasowa, na której przedstawiciele Naszego Rzeszowa ogłosili swój manifest i wezwali do przeprowadzenia prawyborów, niespodziewanie, publicznie odciął się od niego KOD – jeden z sygnatariuszy. Przewodniczący regionu podkarpackiego, wygłosił swój „kontrmanifest” w którym…. nie tylko podważył sens inicjatywy ale wręcz wskazał na jej możliwą szkodliwość. Pomimo założonych maseczek widać było zdumienie i konsternację na twarzach przedstawicieli Naszego Rzeszowa. Jak się okazuje, treść oświadczenia KODu, a nawet sam fakt jego wygłoszenia nie zostały wcześniej uzgodnione, a nawet zakomunikowane pozostałym uczestnikom konferencji. Kwestia ta nie została wyjaśniona przez członków KODu, nie odbyła się żadna publiczna rozmowa na ten temat, jeśli nie liczyć omijających główny problem – lojalności i odpowiedzialności – wypowiedzi Jakuba Karysia, krajowego przewodniczącego KOD, zamieszczane w różnych dyskusjach na Facebooku. Publicznie głosu nie zabiera przewodniczący podkarpackiego KOD, prezenter „kontrmanifestu” z 12 marca – Mariusz Szewczyk; nie ma też ani słowa na ten temat na oficjalnych stronach organizacji. Nie ma też, co ciekawe, tekstów, które jednoznacznie popierałyby czy usprawiedliwiały incydent z rzeszowskiego Rynku. Owszem, media przychylne partiom rządzącym zauważyły go i ochoczo wyśmiały pomysłodawców prawyborów. Cóż, nie ma się co dziwić. W dyskusjach toczących się wśród przeciwników obecnej władzy zwracano jednak uwagę na kwestię uczciwości i odpowiedzialności. Fatalnego wrażenia nie dało się przykryć; nie padły zresztą żadne rzeczowe argumenty wyjaśniające postawę przedstawicieli KOD-u. Ocena wykonanej wolty wypadła dosyć jednoznaczna. Prawdziwy stosunek KOD-u do zagadnienia wyłonienia kandydata na prezydenta Rzeszowa zobaczyliśmy trzy dni później – podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, na której przewodniczący Karyś stał wśród polityków prezentujących Konrada Fijołka.

Dlaczego o tym piszę? Nie chodzi o to aby pastwić się nad działaczami podkarpackiego KODu. Część jego członków ma chyba zresztą świadomość tego co się stało. Problem, jaki ujawniło wydarzenie z 12.marca jest znacznie poważniejszy, niż kompromitacja tej organizacji.

Tzw. opozycja uliczna to dziesiątki formalnych i nieformalnych grup, skupiających na ogół od kilku do kilkuset osób. Grupy te są często powiązane między sobą czy to relacjami osobistymi, czy to wspólnotą idei. To co łączy większość z nich to wspólne przywiązanie do wartości demokratycznych i praw człowieka, i wynikająca z tego opozycja  w stosunku do obecnie rządzących. A także – aktywność na ulicy: manifestacje, blokady, performance… Pomimo wielu różnic organizacje te ze sobą współpracują. Ta współpraca jest czasem łatwa, oparta na  wzajemnej sympatii a czasem taktyczna, wynikająca ze wspólnego celu. Przykładem takiej udanej symbiozy różnych inicjatyw jest właśnie Rzeszów: działające tu ruchy liczą najczęściej po kilka-kilkanaście osób każdy, ale wspólnie organizują szereg niekiedy bardzo dużych wydarzeń takich jak chociażby protesty Strajku Kobiet czy Marsz Równości. Nie trzeba dodawać, że działania te spotykają się z reakcją ze strony policji realizującej polityczne zamówienia. Skala represji jest coraz większa i należy spodziewać się, że będzie wzrastać. Najbardziej dobitnie pokazują to przykłady warszawskie.

Dlatego jedną z kluczowych zasad pozwalających na działanie i współdziałanie aktywistów jest wzajemne zaufanie, lojalność i wiarygodność. To co robią wiąże się z konkretnymi zagrożeniami, które każdy bierze pod uwagę ale oznacza to również, że muszą być pewni tych, z którymi działają. Każdy uczestniczący w danym wydarzeniu musi mieć pewność, że nie zostanie „wystawiony” przez współtowarzyszy, że może na nich liczyć, że gdy przyjdzie potrzeba, może się na nich oprzeć. Zasadą jest respektowanie odmowy i szanowanie powodów, dla których dana osoba czy grupa nie może bądź nie chce uczestniczyć w danym wydarzeniu. Każdy podejmuje decyzję sam, uwzględniając własne możliwości i uwarunkowania. Jeśli jednak bierze udział w wydarzeniu, nie do pomyślenia jest aby w jego trakcie zmienił front czy publicznie odcinał się od współuczestników. Hasła „Solidarność naszą bronią” i „Nigdy nie będziesz szła sama” to absolutna istota zasad jakie powinny, więcej – muszą obowiązywać. Okoliczności, w których funkcjonują aktywiści wymagają szczególnej uczciwości i lojalności tych, którzy w tym nurcie działalności chcą uczestniczyć. Jeśli zasady te zawodzą między ugrupowaniami prodemokratycznej opozycji, to co można powiedzieć o jej kondycji?

To tu właśnie, moim zdaniem tkwi główny problem wolty KOD-u. Słusznie jest ona postrzegana jako nie tylko skrajna nielojalność ale wręcz zdrada. Nie chodzi bowiem o to, że organizacja nie poparła apelu (bo pierwotnie poparła) ale o to, w jaki sposób z tego poparcia się wycofała, podkopując jednocześnie powagę i znaczenie przedsięwzięcia. Co więcej – niezrozumiałe są intencje tego zachowania. Przecież niemal do ostatniej chwili można się było wycofać z poparcia inicjatywy prawyborczej. A więc – dlaczego postąpiono tak jak postąpiono? Jaki cel przyświecał przedstawicielom KOD-u? Jaka myśl? Jaki plan? Czy przypadkiem nie wynikało to z zaangażowania w gry partyjne? Na żadne z tych pytań nie padła odpowiedź.  A bez tej odpowiedzi i spokojnej, krytycznej analizy tego co się stało, trudno wyobrazić sobie odbudowę zaufania między aktywistami rzeszowskimi.

Lata władzy PiS to nie tylko czas niszczenia państwa ogarniającego wszystkie dziedziny życia społecznego. To także czas budowy społeczeństwa obywatelskiego, odbudowy demokracji (tak, już teraz!), tworzenia nowych zasad opartych na uczciwości, prawdzie i szacunku. To czas w którym powinniśmy uczyć się, że polityka to faktycznie troska o dobro wspólne a nie tylko gra, w której liczy się siła i własne interesy. To czas, w którym powinniśmy się uczyć, że uczciwość i lojalność nie jest cechą naiwnych lecz fundamentem życia społecznego.